A może w podróżowaniu chodzi o samo  pokonywanie przestrzeni i rozciąganie czasu, a wszystkie  te dodatkowe atrakcje są mniej ważne? Kiedy dzień ma 36 godzin i 1300 km takie myśli wydają się oczywiste. Wyjeżdżaliśmy wczoraj, późnym wieczorem, mając w pamięci Warszawę pełną deszczu i wiatru, przy siedmiu stopniach na plusie. Dzień pełen załatwiania ostatnich spraw przed wyjazdem, kończenia rozgrzebanych projektów , próba zawiązania jako tako świata, który zostaje. Jednak ten dzień wypełniony normalnymi sprawami nie kończy się o swoim czasie. Wsiadamy do samochodu i ruszamy. Fiat Scudo  jest wielki i wygodny, mamy trzech kierowców  więc jedziemy w noc. Powoli zostawiamy wszystkie problemy za sobą , zmieniają się krajobrazy za oknem, czasami pada, ale czym dalej od polskich granic, tym mniej. Podróż samochodem jest dobra, trwa wystarczająco długo żeby  zapomnieć  i przygotować emocje.

Słowenia wita nas wschodem słońca i czerwcowym ciepłem. Jest zielono i kwitnąco-biało. W końcu Istria i wytęskniony błękit morza na horyzoncie.  Przeskok z jednego świata do drugiego… jeszcze bardziej niesamowity niż na zdjęciach powyżej. Cała droga zajęła nam 14 godzin ale dla nas ciągle trwał ten sam dzień, który zaczął się w innym świcie, 24 godziny wcześniej. I zaczynał się na nowo.

Oczywiście knajpka nad brzegiem morza. Okazuje się że trwa tu akurat festiwal szparagów (bardzo delikatna, dzika odmiana), była więc i zupa szparagowa i szparagowe risotto. Wino stołowe, oliwa z Istrii (!), pieczywo. Proste smaki, i zawsze zastanawiam się ile jest w nich lokalnej kuchni, a ile miejscowego słońca.

Niewyspanie, wiele godzin za kółkiem, ale nogi same rwą się do biegania. Rekonesans nad samym morzem, plaże, nabrzeża, stadion tenisowy, marina, później stare miasto, slalom między stolikami kawiarni (jest poza sezonem, więc  wszędzie bardzo spokojnie), a nawet jakiś zapomniany zakład przemysłowy i teren wojskowy. Od morza trudno się oderwać, żeby zrobić pętle i wrócić do domu. Woda jest ciepła, oczywiście kąpiemy się jak przychodzi przypływ.

Idziemy na kwaterę – nieco w głębi lądu, w zagajniku ze śpiewem ptaków – ale wracamy na zachód słońca. Jest duże, czerwone i chowa się dokładnie za linię wody. Gdzieś  tam, po drugiej stronie jest Wenecja. Znowu chodzimy wzdłuż nabrzeża, trafiamy  do innej knajpki, zupełnie pustej, z włosko-chorwacką kelnerką (książkowe informacje o mieszaniu się kultur nabierają ciała) i jeszcze lepszą kuchnią. Lokal jest na Placu… Weneckim, co na pewno nie jest przypadkiem. Jemy, rozmawiamy, planujemy, żyjemy tą chwilą. Wracamy prawie w nocy, trochę zmęczeni.  Zasypiamy w oczekiwaniu jutra.