Run Vegan Team wystartował! Mały placyk przy skrzyżowaniu dróg w Labinie z kilkoma knajpkami do wyboru. Jesteśmy sporo wcześniej, jeszcze dosyć pustawo, jemy makarony i inne takie. Trochę nas przeraża dystans i niewyraźna pogoda – od czasu do czasu kropi.  Oglądamy mapy i atmosfera się zagęszcza. Przyjeżdżają autobusy z innymi biegaczami, robi się kolorowo i wesoło. Jest trochę kibiców, wszyscy bardzo przyjaźnie nastawieni. Postanawiamy wszyscy przebiec pierwszy etap, czyli 17 km, mimo że piszący te słowa dla czystej przyjemności biegu z przyjaciółmi, mój bieg startuje dopiero jutro. Ale dzięki temu relacja jest z pierwszej ręki.

Start i od razu robi się gorąco (nam, bo pogoda dalej umiarkowana). Trasa jest przepiękna, przez pierwsze 5 km tylko w dół, wąską ścieżką przez gęsty las, wzdłuż potoku z wodospadami i krystalicznie czystą wodą. Dalej nad morzem, gęste chmury nad horyzontem, woda w odcieniach szarości, a po lewej rząd nowoczesnych hoteli z basenami wycinanymi w zawijane wzory. Skręcamy ostro w lewo i zaczyna się podbieg. Coraz wyżej, wygodną drogą, las coraz rzadszy. W tym momencie przychodzi zupełne zaskoczenie, wbiegamy w strefę angielskiej mgły, widać na kilka metrów, tym bardziej że robi się coraz ciemniej. Trasa zmienia się w wąską kamienistą ścieżkę, zarastającą wysokimi trawami, czyli staje się piekielnie trudna technicznie. Nie przestaje być piękna. Biegniemy na przykład miedzy dwoma malutkimi murkami oddzielającymi pola, zarastającymi krzewami i małymi drzewkami.

Jest już zupełnie ciemno, ale nagle na szczycie góry mgła zupełnie ustępuje. Widać światła daleko na horyzoncie, świat ponownie staje się jakby bardziej przyjazny. Przebiegamy przez jakieś mikroskopijne wioski z rozpadającymi się opuszczonymi domami i głośnymi kibicami. Za chwilę zaczyna się też zbieg. Jest szeroki i wygodny, przyspieszamy swobodnie, bo Vi mówi że wtedy odpoczywa. Wyprzedzamy wiele osób. Biegniemy raczej za szybko, ale radość jest tak wielka, że trudno się opanować. Zaczynam żałować że nie biegnę tej długiej trasy, ale za to teraz nie muszę się oszczędzać. W dole słychać już jakieś głosy, a za zakrętem wyłania się wielka fabryka z kominem. W całkowitej ciemności, oświetlona wieloma lampami jest po prostu przepiękna. Nawet ona. Czyżby świat tutaj doznawał jakiegoś estetycznego przemienienia? Ponownie jesteśmy nad morzem i  zaraz znowu wspinamy się do góry. Coraz bliżej nasz pierwszy punkt żywieniowy Plomin.  Trasa ponownie staje się wąskim kamiennym single trackiem, zarastającym trawą, bo przyroda jest tu zdecydowanie bardziej ekspansywna. Wąskie uliczki miasteczka i jesteśmy w tawernie Dorin.

Tu zostawiam moich przyjaciół. Viola, Robert i Hubert biegną dalej, ja zostaję, chociaż bardzo chciałbym pobiec dalej. Przez ten moment (dwie godziny) poznałem trochę trasę, wiem że mogą spotkać wszystko, że będzie o wiele trudniej niż nam się wydawało, bo ten odcinek górski jest strasznie wymagający technicznie;  trudno go porównać z czymkolwiek w Polsce. Wiem też że będzie przepięknie, bo to co widziałem przeszło moje wyobrażenia.

Spotykam Anię – nasz support i razem wchodzimy w labirynt uliczek miasteczka Plomin – zupełnie nie znanego przewodnikom. Jest ciemno i piękne oświetlenie, które być może wyciąga kształty, ale po prostu kopara nam opada. Ponownie znajdujemy najczystsze piękno w miejscu zapomnianym od świata.

Nie mogę uwierzyć że oni biegną w nocy kiedy ja kładę się spać. Niech już będzie jutro, czas niech się skurczy.