100 mil zrobione, emocje nieco opadły. Przedstawiamy poniżej kilka praktycznych informacji o biegu, dla wszystkich którzy chcieliby iść w nasze ślady. Naprawdę warto!

Ultramaraton Istria 100 rozgrywany był na trzech dystansach:

  • 173 km i 7002 m przewyższenia, 4 pkt do UTMB
  • 110 km i 4707 m przewyższenia, 3 pkt do UTMB
  • 65 km i 2255 m przewyższenia, 1 pkt do UTMB

Bieg na głównym,  najdłuższych dystansie był jednocześnie biegiem kwalifikującym do słynnego Western States 100-Mile Endurance Run. I to był jeden z powodów naszej wyprawy 🙂 Nie do końca wiadomo w jaki sposób wpadliśmy na ten bieg: lista kwalifikująca na stronie Western States to jeden trop, przeszukiwanie pięknych biegów nad Morzem Śródziemnym to drugi. Nie był też specjalnie drogi. W pierwszym terminie wpisowe na 100 mil wynosiło 83 euro, a na 65 km – 42 euro (dla porównania, Western Statets kosztuje w tym roku 370 $, a UTMB 214 euro).

Postanowiliśmy jechać samochodem. Po pierwsze nie ma właściwie w okolicy lotniska z tanimi lotami, po drugie – ze względu na dwa dystanse i różne miejsca startu i mety – samochód bardzo się przydał, po trzecie przejazd przez kawałek Europy traktowaliśmy jako wartość dodaną. Dzięki hojności sponsora dysponowaliśmy ogromnym i komfortowym Fiatem Scudo. To auto ma trzy rzędy siedzeń, osiem miejsc i wielki bagażnik. Nie musieliśmy ograniczać się w ilości toreb i butów, a w trakcie jazdy nocą, każdy mógł się wygodnie rozciągnąć. Samochód zrobił z nami ponad 2800 km (1200 km w jedną stronę, reszta na miejscu), spalił średnio 7,9 l/100 km (diesel). Do kosztów podróży trzeba też doliczyć ceny winiet, za przejazd drogami Czech, Austrii i Słowenii, w każdym z tych krajów jest to kilkadziesiąt złych za 10 dni. W Chorwacji płatne są konkretne odcinki autostrad. Cudna rzecz stała się ostatnio w podróżowaniu samochodem: paliwo w Austrii jest tańsze niż u nas. I w Słowenii też! Nic tylko jeździć. Ogólnie koncepcja jazdy samochodem (a w szczególności Fiatem Scudo) sprawdziła się rewelacyjnie. Polecamy każdemu. Należy tylko pamiętać, aby nie planować powrotu zaraz po biegu (znaczy na drugi czy trzeci dzień nawet), jeśli kierowcy biegną długi dystans. To tak ze względów bezpieczeństwa – szybkość reakcji po zmęczeniu jest na pewno obniżona, nie wspominając już o prozaicznych odciskach na nogach, które jazdę samochodem mogą uniemożliwić. My mieliśmy kierowcę po 65 km (a więc wypoczętego 🙂 i niebiegającego zmiennika. Wracaliśmy dwa dni po biegu.

Mieszkaliśmy w wakacyjnym apartamentowcu, dwa kilometry od mety i centrum Umagu. Niewielkim, z ogródkiem i śpiewającymi ptakami; na parterze, a więc bez schodków po biegu 🙂 Było przed sezonem, czyli bardzo spokojnie. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, weranda, śniadania na świeżym powietrzu – 10 euro od osoby za noc.

Pożywienie w knajpkach na mieście w umiarkowanych cenach, nawet od 4-5 euro. Zachodnia Chorwacja ma silne wpływy włoskie, co w kuchni dobrze widać, wybór pizzy i makaronów ogromny, w kilku przypadkach także w wersjach wegańskich w menu. Rozmowy z kelnerami (-kami) na ogół bardzo przyjemne, modyfikacje potraw z menu przyjmowali ze zrozumieniem, chociaż czasami z pewnym zdziwieniem.

Ceny w sklepach zbliżone do naszych, zaopatrzenie dobre, sporo regionalnych produktów, wino oczywiście tańsze niż u nas 🙂

Organizacja biegu była znakomita, chociaż logistycznie trudna, jak mi się wydaje. Trzy dystanse, każdy startuje z innego punktu, o innej godzinie, ma w większości własną trasę (wspólne tylko ostatnie 30 km), a więc własne punkty żywieniowe i kontrolne. Trasa oznaczona bardzo oryginalnie, za pomocą małych, trójkątnych, pomarańczowo-czerwonych chorągiewek wbitych w ziemie. Było ich bardzo dużo- zawsze widać było kilka – dodatkowo każda miała mały, odblaskowy kwadracik, który w nocy świetnie odbijał światło czołówek. Generalnie – nie dało się zgubić. Punkty żywieniowe zaopatrzone dobrze, a czasami bardzo dobrze: owoce (także figi – znakomite), rodzynki, czekolada, izotoniki, coca-cola, jakieś lokalne ciasteczka, kanapki, ciepłe posiłki w połowie trasy. W kilku oddzielne, specjalnie oznaczone stoliki dla wegan, a nawet bezglutenowców. W kilku punktach przygotowane były pomieszczenia z materacami i kocami, dla tych, którzy potrzebowali snu.

Trasa była bardzo urozmaicona, chociaż ze względu na deszcz drugiego dnia, stała się „nieco” trudna. Tam było wszystko: miejskie parki z alejkami, bieg wzdłuż nabrzeża, wysokie góry, kamienie, szerokie drogi gruntowe, np. po trasie dawnej kolejki wąskotorowej, „połoniny”, gęste lasy, wąskie ścieżki zarastające trawą, strome podbiegi i duże przewyższenia w pierwszej części, łatwiej nieco od połowy trasy, błoto i bardzo ślisko drugiego dnia po deszczu. No i cudowne miasteczka co 10-20 km. Tylko asfaltu było bardzo niewiele, organizator starał się jak tylko mógł ograniczyć twarde podłoże i udało mu się znakomicie. Trasa była widokowo przepiękna i sprawiała wrażenie bardzo dzikiej. Trzeba pamiętać, że zarówno na Istrii, jak i wszędzie nad Morzem Śródziemnym, nie ma właściwie wsi w naszym rozumieniu, są albo miasta i miasteczka, albo pojedyncze, luźno rozrzucone zagrody.  To sprawią, że krajobraz często przypomina nasze Bieszczady czy raczej Beskid Niski.

Meta – podobnie jak biuro zawodów – znajdowała się nad samym morzem. Niektórzy mieli to szczęście, że wbiegali chwilę po zachodzie słońca (Grzegorz), inni (Viola) zaraz po wschodzie. Za każdym razem przepięknie, tym bardziej, że deszcz był już tylko wspomnieniem. Za metą medal (plastikowy – bardzo oryginalny i… lekki, można go nosić godzinami) i uścisk ręki Alana – dyrektora biegu. Pakiet standardowy, z techniczną koszulką Salomona i ulotkami informacyjnymi o innych biegach w okolicy (a jest w czym wybierać).

Bieg był raczej kameralny, na najdłuższym dystansie, z 187 osób na stracie, do mety dobiegło 94 (ponad przeciętny odsetek rezygnacji świadczy najlepiej o trudności trasy i pogodzie). Na krótszych dystansach było pod tym względem znacznie lepiej. Towarzystwo bardzo międzynarodowe, biegacze z 22 państw świata. Atmosfera znakomita, zarówno na trasie jak i na mecie. Kibiców niewielu oczywiście (nie są to ludne okolice), ale każdy – dosłownie każdy – człowiek, którego spotkałem biegnąc kilkaset metrów przez Umag, bił mi brawo. Trochę jak w Krynicy, ale jeszcze lepiej.

Generalnie, to było niesamowite przeżycie, piękny czas i ogromne emocje. Upłynęły już  dwa tygodnie od powrotu, a my ciągle żyjemy tym wyjazdem, śni nam się po nocach i już myślimy gdzie by tu jeszcze pojechać. Polecamy każdemu 100 Miles of Istria. Już w kwietniu przyszłego roku.