Wbrew obiegowej opinii, Grecja jest bardzo przyjazna biegaczom. U nas mam plecak wypełniony różnymi niezbędnymi przedmiotami, bo albo będzie padał deszcz, albo będzie zimno, albo będzie wiało – tutaj mogę biec na lekko, bo świeci słońce i na pewno nie przestanie.

Głównym problemem biegacza w Polsce jest za duża ilość dróg i ścieżek w lesie, co chwila można się zgubić. W Grecji jak już jest ścieżka, to przez 10 km nie ma żadnego skrzyżowania, ani dróżki w bok – można biec z zamkniętymi oczami.

Przereklamowany jest też problem gorąca i braku wody. To prawda, że często nic nie płynie, a rzeki są tylko okresowe, ale na polach zawsze są jakieś poidła dla zwierząt, a przy każdej (!) kapliczce zawsze jest jakieś mniej lub bardziej święte źródełko, nawet jak woda w nim pochodzi z gumowego szlaucha.

Takie właśnie refleksje przyszły do mnie po ostatniej wycieczce w góry greckie, dwa dni po Maratonie na Olimpie i cztery przed 100-kilometrowym Myticalem. Dla odmiany postanowiliśmy z Robertem zdobyć masyw Ossa Ori, a dokładnie jego najwyższy szczyt o wysokości 1978 m. Oczywiście nad poziomem morza. A że góra zaczyna się zaraz za plażą, te prawie 2 tyś. metrów to jakby dwa Giewonty postawione jeden na drugim 🙂

Masyw Ossa położony jest na południe od Olimpu, ale bardzo niedaleko, mogło by się wydawać, że tworzy z nim jedno pasmo. Jego strzelisty kształt przyciągał nas już rok temu, teraz postanowiliśmy go spenetrować. Plan zakładał start z jednej wioski nad morzem i powrót do innej. Oznaczało to bieganie po wschodniejj stronie masywu, podobno bardziej zalesionej. Okazało się jednak, że zjazd z autostrady, ktory miał prowadzic do naszej wioski, magicznie zaginął (no chyba że kierowca go nie zauważył 🙂 ). Dalej był długi tunel i niespodziewanie wylądowaliśmy po zachodniej stronie masywu, czyli zupełnie nie tam gdzie zakładał plan. Problem słabej orientacji w nowym terenie jest nam znany, ale nas nie przeraża. Podobnie jak brak dokładnych map czy opisów szlaków. Powtórzylismy zwyczajową mantrę “witaj przygodo” i odważnie wysiedli z samochody, zostawiajac resztę naszej grupki w drodze do Meteorów. Wioska był spokojna i pusta, gdzieś za nią był nasz cel, ale raczej dalej niż bliżej. Pewna trudność wynikała też z tego, że nie było go widać. Napotkany krajowiec, tłumaczył nam wylewnie, że powinniśmy przebiec dwie sąsiednie wioski i dopiero skręcić w góry, ale nas ciągnęło bardzo do szutrówek.

Skierowaliśmy się wprost na wschód. Nawet jak kierunek był prawidłowy, utrzymanie stałego azymutu w górach (szczególnie greckich) jest nieco utrudnione. Droga kieruje się na lewo lub na prawo dlatego ze gdzieś tam wyżej są gaje oliwne, albo farma wiatraków, a nie po to, by nas wyprowadzić wprost na szczyt. Ale było pięknie. Bardzo śródziemnomorsko. Mało drzew, jakieś zielone murawy, często kłujące, skaliste wąwozy, czasami oliwki i cykady. Nieco wyżej dało się nawet biec na przełaj. Tempo nam wzrosło, a po zdobyciu najbliższej górki, dało się w końcu rozejrzeć wokoło. Dalej pięknie, Olimp na horyzoncie, jest nawet nasza Ossa. Tyle tylko że dosyć daleko. Ale na pierwszym planie mamy nową szutrówkę, która prowadzi w odpowiednim kierunku. Dalej widoczność nie była na tyle dobra, żeby próbować formułować jakieś przypuszczenia. Biegniemy szutrówka, prawo, lewo, jakieś niskie laski sosnowe, dużo słońca. Żadnej wioski, zwierzęcia czy człowieka na horyzoncie. Jesteśmy już w głębi masywu.

Szybko odkrywamy jedno z praw biegania po Grecji: nawet najbardziej wyraźna droga może się nagle skończyć, jakby się rozpuszczała, wśród gorących traw, albo słońce wypalało ją jak okresowe rzeki. Biegniemy na przełaj. Spotykamy czasami jakieś ścieżki, ale po chwili sytuacja się powtarza – znikają bez śladu. Mamy też szczęście, wśród łąk spotykamy poidło dla zwierząt i napełniamy bidony, a nieco dalej nawet jakieś sztuczne jeziorko nawadniające. Niepokoi nas tylko zegarek – biegniemy już dobre 3 godziny, a on uparcie pokazuje 12 km. Zaczyna się prawdziwy las. Duży i gesty, daje cień (co w Grecji nie jest oczywiste, bo większość “lasów” cienia nie daje). Niemniej jednak nawigacja jest nieco utrudniona. W końcu, po następnej godzinie i 5 kilometrach przedzierania się przez chaszcze, spotykamy szlak długodystansowy O2, znany nam z opisów i mapy. Szybka analiza Google nie pozostawia złudzeń: do najbliższego miejsca w obrębie cywilizacji, z którego może nas odebrać powracająca z Meteorów wycieczka, pozostało nam 17 km. Na szczyt Ossy co najmniej tyle samo, z tym że trzeba jeszcze z niej zbiec, co daje następne 15 km. Nie mamy szans na realizację pierwotnego planu. Czasu jest za mało, naszych chęci też, to miał być w miarę umiarkowany trening miedzy dwoma zawodami, a nie kolejne ultra 🙂 Biegniemy wyraźną dróżką w stronę morza, ciągle na dół. Kiedy wybiegamy na większą polankę i ponownie widać Ossę z przyległościami, zdajemy sobie sprawę jak szalony był nasz plan. Od wierzchołka oddzielało nas jeszcze kilka kolejnych dolin, każda w postaci stromego wąwozu, realnie niemożliwych do przebycia. Jest tylko jeden grzbiet, który umożliwia zdobycie szczytu z tej strony góry. Trzeba mieć albo super dokładną mapę, albo wielkie doświadczenie w tym terenie.Kończymy dzień na plaży, z 37 km w nogach. Masyw Ossy przetrawersowaliśmy z zachodu na wschód, zgodnie z założeniami, ale zupełnie nie przez wierzchołek, w jakimś o wiele niższym i całkiem nieważnym miejscu. Podrapani, z kolcami w nogach i przygrzani słońcem.

Czy ta nieudana wycieczka czegoś nas nauczyła? Absolutnie nie! Dalej będziemy się błąkać po różnych mało znanych dróżkach i bezdrożach, a jak nie będzie innej możliwości, to nawet bez mapy.Taka karma 🙂

W sensie sportowym wycieczka raczej nam nie zaszkodziła. Po czterech dniach, Robert zajął drugie miejsce na Olimpus Mythical Trail 100 km.