Olimpus Mythical Trail startuje o godzinie 17.00 z Agios Joanis, 4 km od Litochoro. Jest bardzo ciepło, prognozy na ten dzień zapowiadają 42 stopnie w cieniu. Ale jesteśmy nieco wyżej, prawie 600 m. n.p.m. więc upał wydaje się bardziej znośny.

Agios Joanis to mała, cicha polana ukryta na zboczach Olimpu, z małą cerkiewką, źródełkiem i polem namiotowym. Przyjeżdżamy wcześniej, robimy zdjęcia, pijemy wodę, chłoniemy atmosferę. Jest kameralnie, startuje nie więcej niż 180 osób. Znamy organizatorów i niektórych zawodników z zeszłego roku. Jest nas czterech  i trzy osoby suportu – zdecydowanie najwięcej z zagranicznych uczestników. Polska flaga wisi zaraz obok greckiej.

Jest nas czterech ale właściwie startuje tylko trzech, Paweł od początku zapowiada, że ma kontuzje i przebiegnie tylko 100 m, dla zasady, chce mieć DNF, a nie DNS. Kilka słów powitania, dźwięk dzwonu, który jest jednym z symboli biegu i ruszamy. Powoli, bo ścieżka od razy wije się dosyć ostro pod górę, chociaż nie jest trudna.

Trasa biegu

Trasa OMT 100 wyraźnie dzieli się na dwa odcinki.  Pierwszy – „mała pętla” ma 32 km i prowadzi z Agios Joanis do Litochoro. Dosyć łagodnie wbiega na 2000 metrów n.p.m., by później zbiec na 350. Druga, duża pętla, jest właściwie jednym wielkim podejściem na główną kopułę Olimpu i równie wielkim zbiegiem. W praktyce trasa jest o wiele bardziej zróżnicowana, a zbiegi i podbiegi przeplatają się znacznie częściej.
Jak zwykle nie potrafię się opanować. Teoretycznie wiem, że powinno się zaczynać wolno, ale jak tylko początek nie jest ekstremalnie trudny (jak na Transgrancanarii na przykład), płynę z falą innych zawodników… Tym razem jest nawet gorzej, bo płynę z pierwszą falą 🙂 Długo widzę przed sobą Sławka i Tomka, którzy mają realne szanse nawet na zwycięstwo. Ten początek jest przepiękny. Wysoki mieszany las, dający cień, wąska ale wygodna i cudnie poprowadzona ścieżka. Jestem tu drugi raz, i ciągle nie mogę się nadziwić jak różnorodny potrafi być ten las. Niby wszędzie drzewa, ale o wiele więcej gatunków niż u nas. Co chwilę zmienia się też poszycie, raz jest gęste i krzaczaste,  to znowu sama intensywnie zielona trawa. No i wszędzie o wiele więcej kolorów, wszystko kwitnie, jakby to był początek wiosny, a nie pełnia lata. Czasami wybiegamy też na polanki, wtedy dochodzi o wiele więcej odgłosów, grają cykady i różne inne stwory, i widać przestrzeń. Litochoro gdzieś w dole, wyraźny kształt linii brzegowej, błękit morza i półwysep Halkidiki po drugiej stronie zatoki.

Wznosimy się coraz wyżej, robi się też coraz później, ale nie czuje żeby robiło się chłodniej, jak w zeszłym roku. Dobrze chociaż że nie robi się cieplej. Dobiegam do najwyższego punktu i zaczyna się zbieg. Tu moja euforia siąga zenitu. Ścieżka jest równie wąska i piękna, ale droga na dół podwaja przyjemność. Obiektywnie przyspieszam, ale nie na tyle żeby gonić Roberta i Tomka, którzy jakiś czas temu zniknęli mi z oczu. Wbiegam do Wąwozu Enipea i tu jednak robi się cieplej: duszne, stojące powietrze, tak gęste, że prawie da się je kroić nożem. Nie zwalniam jednak, przebiegam obok znanych mi już miejsc: monastyr Agios Dionizios – oaza ciszy i spokoju w środku gór i kapliczka pustelnika w skale, ze stromymi schodami. Wybiegam z wąwozu by za chwilę do niego wrócić, już w całkowitej ciemności, zaraz obok oczka wodnego, w którym kąpiemy się prawie codziennie. Stąd jest już mniej niż kilometr do punktu żywieniowego. Nieziemska radość. Ten pierwszy odcinek powinienem przebiec w ok. 5h 30 min, w zeszłym roku zajęło mi to 5:12, teraz jestem poniżej 5 godzin. Za szybko, oczywiście, ale kto powiedział, że szaleństwo jest racjonalne?

Noc jest dobra

Na punkcie okazuje się, że Tomek właśnie zrezygnował, ale Robert jest na trzecim miejscu, a ja na 8! Zawołanie „Tak trzymaj” traktuje oczywiście jako zaklęcie, niemożliwe do spełnienia, bo rzeczywistość da się oszukać, ale zwykle na krótko 🙂  Zwalniam. Obiektywnie bardzo wyraźnie, bo jest stromo pod górę, ale także proporcjonalnie, bo wyprzedza mnie kilku zawodników. Oszczędzam siły na dalszą cześć, bo prawdziwy bieg dopiero się zaczyna. Ponownie uświadamiam sobie jedną z podstawowych cech biegów ultra – samotność. Na początku stawki przerwy miedzy zawodnikami są stosunkowo duże i właściwie do końca biegnę sam. Jeśli nawet ktoś mnie wyprzedza (albo ja kogoś), to robi to bardzo szybko i za chwilę znika mi z oczu. Jest noc. Nie przeszkadza mi to. To dobrze że jest noc na tym wielkim 5-godzinnym podejściu, kiedy pokonuje się jakieś 2500 metrów przewyższenia. Noc przynosi uspokojenie i wyciszenie, chociaż wcale nie jestem senny. W lesie robi się o wiele ciszej, świeci księżyc w drugiej kwadrze, ale przez gęste liście drzew niewiele jego blasku dociera na dół. Przygaszam nawet moją czołówkę, żeby nie zakłócać tego nocnego spokoju. Biegnę powoli więc minimalne światło mi wystarcza. Pojawia się monotonia i lekkie wyczerpanie, ale staram się je celebrować, są tak ważną częścią biegów ultra. Nieuchronnie przyjdą zmiany i wiem, że z każdym krokiem zbliżam się do nich coraz bardziej.

W krajach śródziemnomorskich noc jest dłuższa niż u nas. O 5:00 było jeszcze całkowicie ciemno, ale zbliżał się koniec podejścia. Skończył się las. Wbiegam na Płaskowyż Muz i niebo zaczyna świecić. Prawie całe jest jeszcze czarno-granatowe i wysadzane gęsto gwiazdami, ale na wschodzie pojawia się już wyraźnie jaśniejsza, czerwonawa łuna i świat ożywa. Widać zarysy szczytów wokoło i chociaż przestrzeń ma ciągle tylko dwa wymiary, nie mam żadnych wątpliwości gdzie jestem. Świecić zaczyna też sam płaskowyż, a raczej umieszczone na środku schronisko Oropedio i zbliżające się do niego światła czołówek. Wiedziałem, że zaraz wzejdzie słońce i czas przyspieszy. Na Olimpie mamy to szczęście, że zbieg zaczyna się dokładnie ze słońcem. A światło się przydaje, bo wąska ścieżka lekko opadająca w dół i trawersująca Tron Zeusa, zachęca do większego szaleństwa. Zaraz obok jest jednak przepaść, albo bardzo stromy piarg, więc przydaje się też odrobina skupienia. Biegnę w zachwycie. Nowy dzień daje biegaczowi nowe siły, prawie nie czuć, że to 60-ty kilometr. Co najmniej do następnego podbiegu. Wielkiej, pochyłej ściany Skolio, o 500-metrowym przewyższeniu i luźnych kamieniach uciekających spod nóg. W tym roku daje sobie z nią radę znacznie lepiej niż w zeszłym, chociaż ciągle wspominam ją jako najtrudniejszy fragment całej trasy. Ciągle biegnę sam, tylko na punktach kontrolnych obserwuję walkę Roberta o pierwsze miejsce. Na OMT 100 nie ma chipów, czasy zawodników zapisywane są ręcznie przez wolontariuszy, ale dzięki temu łatwo można sprawdzić swoją pozycję i to, co dzieje się z przodu. Robert cały czas jest drugi ze stratą ok. 10 minut.
Za Skolio zaczynają się łąki Olimpu, wielkie trawiaste murawy pokrywające wszystkie wierzchołki w rejonie Agios Antonios, najwyższego miejsca, gdzie starożytni składali ofiary ku czci Zeusa. Wbiega się na niego łatwo, ale droga w dół daje już porządnie w kość czy raczej w zmęczone nogi. Ścieżka prawie nie istnieje, biegnie się po kępkach traw i ruchomych kamieniach do maleńkiego schroniska, widocznego gdzieś… daleko, daleko. Ścieżki nie ma też przez kilka następnych kilometrów prawie płaskiego terenu, dlatego widoczne wszędzie oznaczenia “trasy” robią nieco absurdalne wrażenie. Bez wątpienia jesteśmy w dzikim zakątku gór, ale łagodne kształty i świeże odcienie zieleni traw na wysokości ponad 2600 m sprawiają nieco rajskie wrażenie. Aż nie chce się stamtąd wybiegać, tym bardziej, że na kolejnym punkcie kontrolnym spotykam Katerinę z biura zawodów i dostaję kilka jakże cennych słów otuchy.

Żar z nieba

Świat łagodności i szczęścia kończy się dosyć nagle i niespodziewanie. Dobiegam do przełęczy i zaraz za nią wszystko się zmienia. Potężna ściana, z największym na trasie zbiegiem, zakosami ciągnącymi się prawie w nieskończoność. Najważniejsze, że z dokładnie południową wystawą. Jest kilka minut po 9.00 ale za chwilę robi się naprawdę ciepło. Na scenę wkracza największy bohater tych zawodów – upał! Na zbiegu jest jeszcze po prostu gorąco, ale coraz bardziej odnoszę wrażenie, jakby afrykańska masa powietrza, który miały być tu w piątek, nieco się opóźniła i dociera właśnie teraz. Zbieg zabiera resztki sił, a dalej są dwa prawie płaskie odcinki oddzielone punktem żywieniowym, razem nie więcej niż 24 km. Trasa prowadzi przez łąki albo szerokie szutrówki w lesie, obie nie stanowią dla słońca żadnej zapory. Nie wiem ile jest obiektywnie stopni, generalnie lubię ciepło i byłem we Włoszech dokładnie w dniu kiedy zanotowano tam rekord temperatury wszech czasów (jeździłem cały dzień na rowerze), ale to co teraz, odczuwam jako moje największe zetknięcie z ciepłem w życiu. I nawet nie chce mi się specjalnie pić, zaczynam oszczędzać wodę żeby się móc nią polewać. Ochładzanie rozgrzanego ciała odczuwam jako największą potrzebę. Przynosi ulgę tylko na kilka minut, ale działa. Nie cierpię, nie padam zemdlony, nie wysycha mi w gardle, posuwam się całkiem sprawnie. Wyjątkowy żar z nieba nie odczuwam jako dyskomfort. Tęsknie jednak coraz bardziej radykalnie za wodą. Wiem, że ta moja tęsknota napędzana jest żarzącym się powietrzem i ten żar mi się podoba. Zaczynam rozumieć czym jest woda w Grecji. Nie jakieś duży deszcz czy morze wszędzie wokoło, ale te niewielkie stróżki i źródełka, które ciekną gdzieniegdzie, i nie dziwie się już, że uznawane są za święte. I wiem też dlaczego przy każdej kapliczce jest jakaś woda.

Odrobina szaleństwa

Wbiegam na punkt żywieniowy, tuż przy drodze, w środku lasu. Dokładnie na przeciwko wypływa ze skały strumień z korytkiem do pojenia ludzi i zwierząt. Wody jest pod dostatkiem. Wchodzę prawie cały, polewam głowę i odczuwam to jako jedną z największych przyjemności, jakie mnie spotkały kiedykolwiek. Zaczynam celebrować upał. Zbliżam się coraz bardziej do mety, jestem coraz bardziej zmęczony i z jednej strony chcę już być na miejscu, ale z drugiej nie chce by się skończyło coś tak wyjątkowego. Ciepło to życie, dynamika i ruch, i teraz odczuwam o wiele bardziej niż zwykle, że jestem tego częścią. Właściwie trochę przestaje mi zależeć, żeby się zmieścić w 20 godzinach, jak w zeszłym roku, realnie oceniam też, że nie ma na to większych szans, bo nie potrafię już przyspieszyć. Na ostatnim, dwunastokilometrowym odcinku z Pigadi do Agios Joanis są trzy rzeczki. Wskakuję do każdej, zanurzam się prawie cały i przez kilka chwil jestem w siódmym niebie. Wspominam to jako najpiękniejszy odcinek biegowy w życiu.

Na mecie jestem po 20 godzinach i 18 minutach; na 15 miejscu czyli poprawiam się o dwie pozycje w stosunku do poprzedniego roku. Jest oczywiście Lazaros, znajomi i inni biegacze. Jest ciągle ciepło, ledwo kilka minut po 13.00. Euforia opada bardzo powoli, w rozgrzanym powietrzu poruszam się jakby wolniej, mam czas na przyzwyczajenie się do normalnego świata. Tylko który jest normalny? Żyje przecież bardziej w biegu, a wszystko co pomiędzy to tylko konieczne wypełnienie 🙂

Robert jest w końcu na drugim miejscu w generalnej klasyfikacji (15:51:18). Wygrywa Rosjanin Aleksiej Tolstenko (15:36:07), trzeci jest Grek Vasileios Michos (16:31:31). Spośród 174 osób, które wystartowały, do mety dobiega tylko 86 (i to w przedłużonym, ze względu na upał, o jedną godzinę limicie). Jest to najmniejszy odsetek finisherów w całej historii biegu.

Wszyscy z naszej grupki chcą tu wrócić za rok. Nawet ci, którzy nie biegali, bo chcą zacząć 🙂  I jak tu nie kochać Grecji?

autorzy zdjęć: Go ExperienceDrossos Drossos