Wszyscy mądrzy ludzie, doświadczeni ultrasi i źródła literatury fachowej doradzają, żeby nie biegać dzień przed ważnymi zawodami. Jak tu jednak nie biegać kiedy wyjechałem z kraju płaskiego jak stół, z miasta pieszczotliwie nazywanego betonawą dżunglą i pukam do raju bram?

Zatem jutro rano start Olympus Marathon, a my wybraliśmy się dzisiaj na rekonesans trasy. Tak delikatnie, żeby za bardzo nie zmęczyć nóg. Nasza baza pod Olimpem to miasteczko Litochoro, położone na łagodnym stoku masywu, po jego wschodniej stronie. U samego podnóża, a wiec na wysokości jakieś 250-300 m. Z widokiem na Morze Śródziemne z tarasu na dachu naszej kwatery.

Ale Litochoro położone jest też na krawędzi Wąwozu Enipea, największego u stóp Olimpu, ale nie jedynego. Całe te góry pocięte są takimi wąwozami, wielokilometrowymi, podchodzącymi pod same wierzchołki, o ścianach nie do końca może pionowych, ale wznoszących się często ponad 1000 metrów. Taki właśnie wąwóz wybraliśmy na nasz rekonesans. Nie bez znaczenia był też fakt, że tamtędy prowadzi końcówka jutrzejszych zawodów.

– Biegniemy trzy kilometry i wracamy, żeby razem wyszło nie więcej niż 6.

Ale jak tu wracać, kiedy przepiękny single track przyczepiony do zalesionych zboczy co chwila kryje się za zakrętami, wciągają w odmęty tego biegowego eldorado?

– Najwyżej do tej skały lekko po lewej i robimy w tył zwrot.

Ale jak wracać kiedy skała okazuje się najpiękniejszym balkonem na świecie, zawieszonym cudownie nad przepaścią, gdzie jednym spojrzeniem obejmuje się po prawej błękitne Morze Egejskie, a po lewej Mitikas – najwyższy wierzchołek Olimpu, skryty delikatnie za chmurą. No i ze skały widać w jaki niesamowity sposób jest nasza ścieżka poprowadzona dalej. Bo nie biegnie ona dnem wąwozu, ale wznosi się co chwilę wysoko na zbocza, by za chwilę wrócić na dół i przekroczyć potok po drewnianym łukowym mostku.

– To może chociaż do drugiego mostku.

Ale jak tu wracać, kiedy w tym roku zima była w Grecji długa i śnieżna i potok w naszym wąwozie niesie wyjątkowo dużo wody, tworząc, małe wodospady, bystrza i oczka wodne, w których z taką przyjemnością da się zanurkować?

– Ale dlaczego właściwie kończyć na drugim mostku i pozbawić się tej radości jaką niosą wszystkie następne?

Głos rozsądku zdobywał jednak pewną przewagę, gdzieś w rejonie mostku trzeciego (a może to było przy czwartym?) Wtedy  odezwały się nagle cykady. Wysoko w górach, tam gdzie trudno się ich spodziewać. Po chwili dołączyły jakieś koniki polne – czy inne podobne stwory, piłujące na skrzydłach, jakieś ptaki, a na dobicie pojawił ten obezwładniający zapach – pewnie miks, bo nigdy nie potrafię go do końca zidentyfikować. Cała ta śródziemnomorska symfonia, która zupełnie mnie obezwładnia.

– Kończyć tak po prostu gdzieś w wąwozie? To lepiej dobiec do jakiegoś „miejsca”.
Miejscem okazał się monastyr Agios Dionizjos, 12 km od Litochoro, na dnie wąwozu, częściowo odbudowany, częściowo utrzymywany jako tzw. „zabezpieczona ruina”. Miejsce zawsze bardzo spokojne i puste, otwarte na każdego spragnionego odpoczynku i wszelkiej pociechy, z wielkimi prostymi ławami, skalniakiem na środku centralnego placyku i źródłem krystalicznej wody, z blaszanym kubkiem na pięknym łańcuszku. Magiczne miejsce.


Ok, aż tak szaleni nie jesteśmy 🙂 Tomek, Łukasz i Paweł wrócili po trzech kilometrach, jeszcze przed pierwszym mostkiem (a Robert nawet nie wybiegł z domu – łapał energię 🙂 ). Ja przebiegłem całą opisaną trasę, ale jutro tylko kibicuję, mój start dopiero w piątek, mogłem więc zaszaleć także w drodze powrotnej. Razem wyszło 24 km + kąpiel w potoku. Idealny rekonesans 🙂