To prawda – biegamy dla pięknych widoków, wzruszeń na trasie i wspomnień powracajacych w długie, zimowe wieczory ( szczególnie pewnie piszący te słowa Grzegorz). Ale nie tylko. Lubimy się ścigać, mamy ambicje sportowe, a Olympus Marathon to świetna okazja do ich sprawdzenia.

Spośród naszej biegającej piątki w maratonie wystartowaly cztery osoby.

Tomek – najbardziej doświadczony z naszej grupki, biegający – z sukcesami – od 10 -12 lat. W tym roku wygrał Trójmiejski Ultra-Trail, był drugi na Chojnik Maraton i trzeci na Beskidzkiej 160 na Raty.

Łukasz, brat Tomka – to bez wielkiej przesady wschodząca gwiazda biegów górskich w Polsce. Biega raczej krótsze dystanse (do maratonu) ale z każdym startem coraz lepiej. W tym roku wygrał wszystkie trzy edycje Monte Kazury – bardzo krótkiego, ale piekielnie trudnego biegu na warszawskim Ursynowie (w Warszawie jednak są góry, a na pewno ta jedna 🙂 ).

Robert – człowiek z gór. Mieszka w Beskidach, na treningi górskie wybiega z domu. W tym roku wygrał Ultramaraton 3xBabia Góra, w zeszłym – pierwszą edycję Ultrajanosika.

Paweł – zupełnie nieprzewidywalny zawodnik. Jak jest w pełni sił, bez żadnej kontuzji, biega naprawdę szybko. W zeszłym roku był drugim Polakiem na CCC, rozgrywanym w ramach najsłynniejszej imprezy biegów górskich na świecie – UTMB (powrócił tam po roku, żeby poprawić swój poprzedni,  nieudany występ).

Olympus Maraton – zawody niezwykłe

Olympus Marathon to zawody na bardzo wysokim poziomie sportowym. Zwycięzca zeszłorocznej edycji zdobył 882 pkt ITRA, ale zawodnik z 40 pozycji może ciągle liczyć na 670 pkt (nawet zwycięzcy niektórych biegow w Polsce nie dostają tyle).

W tym roku w zawodach wzięło udział 890 osób. Start jest praktycznie na poziomie morza, w miejscowosci Dion, skąd zawodnicy wbiegają na jeden z mniejszych wierzchołków Olimpu, na wysokość 2800 m. Przewyższenie zupełnie niewyobrażale, nieosiagalne w Polsce, ani na znakomitej wiekszości biegów, także w Alpach. To wszystko na długosci ok. 22 km. Dalej jest równie karkołomy zbieg, w swojej najbardziej ekstremalnej postaci, do miejscowości (właściwie parkingu, bo nie ma tam żadnych domów) Prionia – 9 km i ok . 1900 m na dół. Z Prionii zostaje już tylko 12 km i 900 przewyższeń, pięknym Wąwozem Enipea, ale ścieżka w wielu miejscach wznosi się jeszcze do góry, żeby za chwilę powrócić na dół, na samo dno wąwozu i przekroczyć rzekę po jednym z siedmiu drewnianych mostków.

Start zaplanowano na godzinę 6.00, tutaj jest to kilka chwil po wschodzie słońca. Jak na Grecję, nie było jeszcze gorąco.

Na 10 kilometrze kolejność naszych zawodnikow była nieco zaskakująca: Łukasz pierwszy, 5 min za nim Tomek, po następnych 4 minutach Robert, a na końcu Paweł – 11 min straty do Roberta. Jednak już za chwilę sytuacja się zmieniła, Tomek wyprzedził brata na podbiegu i zdobył nad nim kilka minut przewagi. Na 12 km przed metą były to 4 min, a Tomek w dobrym stannie minął nasz punkt kibicowania. Łukasz wspominał coś o zmęczeniu, ale pognał za nim w całkiem żwawym tempie. Opłaciło się, bo tego pierwszego dopadł kryzys i Łukasz szybko go wyprzedził. W połowie ostatniego odcinka Tomka wyprzedził też Robert, znany z tego, że często zaczyna wolniej, ale potrafi przycisnąć w końcówce. Tego dnia miał swój dzień i na trzy kilometry przed metą był już tylko 1 minutę za naszym liderem. Kto wie co byłoby dalej, ale Łukasz dowiedział się, że kolega go goni i… przyspieszył. Widziałem to na własne oczy i do tej pory nie mogę wyjść z podziwu. Przyspieszył na tyle, że na 500 m przed metą, już w Litochoro, gdzie była meta, wyprzedził jeszcze dwóch innych zawodników. Cała ta nasza wewnętrzna rywalizacja odbywała się całkiem wysoko w ogólnej stawce zawodników. Ostatecznie Łukasz był 37, Robert 40, a Tomek 47. Na 890 startujących i 650 którzy ukończyli zawody, to całkiem niezłe wyniki. Paweł miał nieco gorszy dzień i przygodę z kontuzją, dlatego przybiegł na 328 miejscu.

Żeby dać wyobrażenie o szalonym tempie, w jakim odbywają się te zawody, warto pokazać wyniki ogólne. Zwycięzca, Hiszpan Artiz Egea miał czas 4.24.26. Drugi na mecie, Jassed Gispert Hernandez 4.43.12, a trzeci Kirił Nikołov z Bułgarii 4.44.32. Na tym tle nasze czasy wygladają całkiem zacnie: Łukasz 5.57.15, Robert 5.59.21, Tomek 6.08.44 i Paweł 8.43.15. Warto dodać, że limit czasu wynosił 10 godzin, zmieściło sie w nim 562 zawodników, ale prawie 200 z nich przybiegło w ostatniej godzinie zawodów. Jak powiedział Łukasz na mecie: “Te zawody to prawdziwe piekło” – i miał na myśli zarówno temperaturę jak i trudność trasy.

Teraz leczymy rany, robimy ostatnie mocniejsze treningi (tylko nieliczni) i przygotowujemy się do Mythicala. Już za kilka dni. Góra ta sama, ale zawody mają całkiem innych charakter i inne tempa. Raczej podziwianie piękna natury niż wyścigi. No i o wiele bardziej kameralna impreza. Nie możemy się doczekać.

Powiedzieli po biegu:

Tomek

– Było dobrze – aż zdechło. Ale ogólnie super 🙂 Już od poprzedniego roku kocham to miejsce.

Łukasz

– Zabił mnie zbieg. To nie był jednak czerwony dywan. Spodziewałem sìe po cichu 5.36, ale z czasu ponizej 6 h też jestem bardzo zadowolony. Fantastyczni byli kibice, bez nich nie dałbym rady.

Robert:

– Jestem nieco zaskoczony moim wynikiem, nie myślałem że zmieszcze się ponizej 6 h. Nigdy nie nastawiam sie na określony czas, staram sie robić swoje. Dla mnie to bardzo ciekawa alternatywa dla biegow w Polsce, bo u nas nie ma tak długich podbiegów.

Paweł:

– Dobiegłem! Nogi bolały, ale dobiegłem. Spodziewałem sie czasu ok. 8 h, ale nie dało rady w mojej obecnej formie. W tym biegu podoba mi się najbardziej, że jest bardzo trudny 🙂

Wszyscy chcą wrócić w przyszłym roku.

Autorzy zdjęć: Ian Corless , Vangelis Parris i Grzegorz Timofiejuk.

Strona organizatora: www.olympus-marathon.com